Z wiejskiej chaty czyli..... o pieczeniu chleba. Cz. II

Patrzcie, ile rąk potrzeba,
Aby mieć kawałek chleba.
Tak przygotowany zaczyn odstawiano w ciepłe miejsce, najczęściej dodatkowo owijając dzieżkę kocem. Gdy drożdże w zaczynie się „ruszyły”, dodawano pozostałą część mąki, wody i wyrabiano ręcznie ciasto. Było to zajęcie tylko na pozór łatwe, a w rzeczywistości wymagające włożenia weń wiele siły fizycznej. Ciasto musiało być wyrabiane tak długo, aż samo „odchodziło” od ręki wyrabiającej je osoby. Tak wyrobione w dzieży ciasto było znowu odstawiane w ciepłe miejsce, a dzieża okręcana kocem lub wstawiana w pierzynę. Wyrobione ciasto musiało „odpocząć” i odpowiednio wyrosnąć. Z wyrośniętego ciasta formowano bochenki i przekładano je do specjalnych, wyplatanych, okrągłych koszyczków zwanych koszatkami. Koszyczki te musiały być wysypane mąką aby bochenek można było później łatwiej z niego wyjąć. Tak uformowane bochenki, ułożone w koszyczkach znowu odstawiano w ciepłe miejsce aby wyrosły. W międzyczasie gospodyni lub gospodarz palił w piecu chlebowym. Piec taki opalano specjalnym, długim drewnem. Gdy piec miał już odpowiednią temperaturę, wygarniano kijem z poprzeczną deseczką na końcu (tzw. „kosiorem”) żarzący się w nim węgiel drzewny i niedopalone drewno, a następnie mokrą szmatą umieszczoną na końcu długiego kija, a więc tzw. „pomiotem”, wymiatano resztki węgli z pieca. W ten sposób przygotowywano piec na umieszczenie w nim bochenków. Uformowane bochenki znajdujące się w koszyczkach, sprawnym ruchem ręki przerzucano na specjalną drewnianą łopatę chlebową o długim kiju, wcześniej posypaną mąką (tak aby chleb mógł się z niej łatwiej zsunąć). Gdy bochenek już znajdował się na łopacie, obmywano go w wodą przy użyciu miotełki zrobionej z reguły z gęsich lub kaczych piór. Czyniono na nim znak krzyża i wsuwano do pieca, gdzie znów sprawnym ruchem zsuwano go z łopaty. Tak kolejno postępowano z kolejnymi bochenkami układając je w piecu tak aby w trakcie pieczenia się ze sobą nie posklejały. Z racji tego, iż tył pieca zawsze nagrzewał się bardziej niż przód, w połowie czasu pieczenia chleba bochenki były były zamieniane miejscami przy użyciu łopaty. Gdy chleb był już upieczony wyjmowano go z pieca łopatą, obmywano ponownie jego wierzch wodą przy użyciu pędzelka z piór, układano na ławie lub stole i przykrywano czystym prześcieradłem i kocem. Zabieg ten miał na celu spowodowanie tego, aby bochenki jak najwolniej stygły, a w efekcie aby nie „odeszła” górna skórka chleba od reszty. Tak upieczonych chleb zachowywał świeżość nawet przez tydzień czasu, nie kruszył się, a kto choć raz go spróbował, zapamięta jego smak do końca życia… Oczywiście przed ukrojeniem pierwszej kromki na bochenku czyniono nożem znak krzyża. Z reguły przy okazji pieczenia chleba gospodyni robiła także kilka drożdżowych placków z kruszonką lub „zawijańców” z dżemem które były pieczone w piecu po wyjęciu chleba, gdy temperatura była już niższa – odpowiednia do pieczenia ciast.
W. Pióro
E. Zieńko













